Rozdział 1
– Głupia kobieto, przejdź po tym moście! – oburzyła się Natalia, rozkładając ręce, a tym samym strącając miskę chipsów z biurka.
Rozwścieczona
postępowaniem głównej bohaterki, sięgnęła po miskę już, niestety, bez
chipsów. Nie dość, że musi to posprzątać, to czeka ją jeszcze korekta co
najmniej pięćdziesięciu rozdziałów książki, którą już raz przeczytała.
– A niech cię szlag, Sklarek – mruknęła, kiedy zadzwonił jej telefon.
– No cześć, Natalia. Powiedz mi, jak ci idzie?
– Świetnie. To już piąty
rozdział. – Zaśmiała się w duchu. To ją wcale nie pocieszało, o nie.
Zwykle takie sprawy szły jej jak po maśle. Niestety, patrząc, jak
wspaniale wiedzie się postaciom, pływającym w pałacowym luksusie i
przebierającym w partnerach, podczas własnego kryzysu twórczego i
towarzyskiego, wcale nie podchodziła jej korekta czegoś takiego.
– Płacę ci, - powiedziała – więc uwijaj się z tą robotą.
– Nic innego nie robię. –
Wyjrzała przez szklane drzwi swojego biura i zauważyła idącego w jej
kierunku szefa. - Kończę, do siedemnastej.
Nie czekając na to, co
powie Wiktoria, rzuciła gazetę z Jarosławem Kaczyńskim na resztki
nieuprzątniętych chipsów i pochyliła się nad klawiaturą. Nie minęła
chwila, a Bartek wszedł bez pukania.
– Jak ci idzie?
Jeszcze raz ktoś mi zada to pytanie, to przysięgam, że nie ręczę za siebie.
– Trochę gorzej niż ostatnio, ale to tylko wina głównej bohaterki.
– Kaczyński pod stołkiem też robi swoje.
Wymusiła uśmiech i
odwróciła się do Bartka. Od dwóch lat, czyli od momentu kiedy zaczęła
pracować w wydawnictwie, zachodziła w głowę, jak ten człowiek mógł
znaleźć się na tak wysokim stanowisku. Zdążyła przywyknąć do jego
suchych żartów o polityce, a nawet do wyśmiewania Pupiego Kupasa, ale
wciąż miała o nim niezbyt dojrzałe mniemanie. Nierozgarnięty, z
podejrzeniami o psychiczny rozgardiasz.
Wysapał tylko ,,ok" i z miną zbitego psa zamknął za sobą drzwi.
Wypuściła głośno powietrze i wróciła do Inopii.
Parę przecinków, błędów
językowych i spojrzeń na zegarek później, wybiła 15:30. Szybko zapisała
plik w Wordzie, wyrzuciła chipsy, zgarnęła rzeczy do torebki i uciekła
do samochodu. Skoro Wiktoria tak bardzo chciała mieć to poprawione, to
czemu ona miałaby się kisić w pracy, jak może wszystko skończyć w domu?
Do siedemnastej jeszcze trochę czasu.
Plany Natalii jednak
legły w gruzach, kiedy zobaczyła bajzel w swoim mieszkaniu. Sprzątaczka,
którą wynajęła wczoraj, nie wywiązywała się ze swoich obowiązków ani
trochę. Tego nie ogarnęłaby w mniej niż godzinę.
– Przenosimy imprezę do ciebie – powiedziała, kiedy Wiktoria odebrała telefon.
Zajęła najczystsze miejsce, czyli koło
lodówki. No tak, sprzątaczka musiała mieć łatwy dostęp do jej jedzenia. Tam minął jej czas. Wyjadała ostatni słoik nutelli, dopóki Wiktoria dała znać, że wszystko już gra i tańczy.
– Nie mówiłaś, że twoje mieszkanie jest takie... – powiedziała, ogarniając ręką przestrzeń – małe.
Wiktoria właśnie przecisnęła się między kanapą, a telewizorem.
Wiktoria właśnie przecisnęła się między kanapą, a telewizorem.
– Mam jeden duży pokój,
ale stoi tam tylko piec do pizzy. Sprzedali mi to zamiast kota. Nie ufaj
Żydom, którzy w ofercie mają własne mydło.
Usiadła wreszcie, a Natalia z wrażenia musiała upić łyk kawy.
Nie minęło kilka chwil, a rozległo się pukanie do drzwi. Wiktoria przeskoczyła nad Natalią i była już przy wejściu.
– A ty co tu robisz? – odparła niezadowolona.
– Pacjent znowu mnie ugryzł – powiedział mężczyzna pełnym cierpienia głosem.
– I nie potrafisz opatrzyć sobie tego sam?
Musiał zaprzeczyć, bo Wiktoria odezwała się ponownie.
– Nie mam w domu żadnych plastrów.
– Nie szkodzi! Chodźmy do mnie!
Zanim wyszli, Natalia usłyszała jeszcze westchnienie Wiktorii: "Och, Marek...".
To dawało do myślenia. W końcu dlaczego pani doktor nie trzymała w domu bandaży, plastrów, ani nic z tych rzeczy? Dobre sobie.
Natalia zjadła już
wszystko ze stołu, wyglądnęła przez każde okno i kilka razy policzyła
palce u rąk, a Wiktoria wciąż nie wracała. Może i nie chciała pchać do
swojego mieszkania aż dwójki gości, tylko co mogła robić w mieszkaniu
mężczyzny, o którym nawet jej nie wspominała. Natalia była już tak
zdesperowana, że wstała i sprawdziła, czy lodówka w kuchni chodzi.
Wracając, przeszła obok drzwi, których wcześniej tutaj nie widziała.
Powinna zaglądać, a może jednak nie? Raczej nie trzymała tam swojego
mini szpitala, gdzie przechowywałaby krew.
Tak. Nie. Tak. Nie. Tak. Nie. Tak. Nie. Tak.
Chwyciła klamkę. I
weszła, uprzednio zamykając oczy. Nie poczuła żadnego smrodu gnijących
ciał. Okazało się, że tak jak mówiła Wiktoria, pokój był duży i stał w
nim tylko piec do pizzy. To znaczy, byłby piecem do pizzy, gdyby nie
jego ogromne wejście. Pizza musiała być wysokości co najmniej tortu
weselnego. Żydzi byli do tego zdolni.
Natalia stwierdziła, że
to wręcz idealne miejsce na kryjówkę. Postanowiła stanąć więc tak, żeby
jej głowa była niewidoczna. W końcu, gdy ona nie będzie widziała
Wiktorii, to Wiktoria nie będzie widziała jej.
Kamień był trochę
brudny, ale się tym nie przejęła. Stała tam i wciąż czekała, umilając
sobie czas śpiewaniem. Kiedyś startowała na siostrę zakonną, ale tak się
złożyło, że sama w sobie była siostrą szatana i nie mogła tak po prostu
przejść na jasną stronę mocy. Wybrała więc piosenkę między świętością, a
grzechem, czyli Angel with a shotgun. Jeszcze trochę, a zaczęłaby
tańczyć, co zapewne połączone ze śpiewaniem, przypominałoby wysiadywanie
jaja.
Wstrząsnęło podłogą.
Potem drugi raz. Nie przypominało to zwykłego trzęsienia ziemi, nawet
nie tąpnięcia. Dopiero, gdy Natalia usłyszała wystrzał i przeraźliwe
wrzaski, zrozumiała, że to jest coś, czego powinna się obawiać. Chciała
podbiec do okna i zobaczyć, co się dzieje, ale wtedy ciężkie kroki i
strzały zawędrowały pod same drzwi mieszkania Wiktorii. I ktoś właśnie
próbował je wyważyć.
Nie było wielu miejsc,
gdzie mogłaby się skryć, dlatego nie zastanawiając się dłużej, stanęła
na kamiennej półce w piecu. Wtedy zamek puścił i usłyszała, jak
nieproszeni goście wbiegają do środka. Tym razem zasada "ja cię nie
widzę, to ty nie widzisz mnie" wydawała się bezużyteczna. Zaparła się
rękami i nogami i wspięła w górę. Nigdy nie pomyślałaby, że przyjdzie
jej się chować w kominie, ani, że się rzeczywiście tam wdrapie.
Co się działo teraz z Wiktorią? Na Boga, nawet nie wiedziała, gdzie poszła. Zadziwiająco szybko o tym zapomniała w chwili, gdy już nie tylko ona
była w pokoju. Wstrzymała oddech, jakby był czasem, a on mógłby zostać
uchwycony do płuc.
Coś, co zapewne krążyło teraz wokół pieca, wydawało nieludzkie dźwięki, wręcz mechaniczne i ostre. Natalia była pewna, że "coś" było liczbą mnogą, ale nie porozumiewało się poza tym brzękiem i świstem. Ta myśl zebrała resztki jej odwagi. Ze strachu przed śmiercią nogi odmawiały posłuszeństwa. Zaczęła się zsuwać.
Rodzina mówiła, że to, co działo się w polityce jeszcze rok temu, wkrótce się skończy. Mylili się, a przynajmniej tak uważała w tym momencie, wówczas, gdy nic innego nie przychodziło jej do głowy jako powód tego, czego sama doświadcza w tej chwili. I tak, jak oni wierzy w koniec.
Gdyby wisiała brzuchem do dołu, zapewne dostrzegłaby stopy, a nawet określiłaby przybliżony numer buta, gdyż jedno ze stworzeń właśnie zatrzymało się tuż przy wejściu. Ale Natalia zobaczyła o wiele więcej. W twarzy bladej od pustego wzroku rozpoznała Gabrielę Pardubicką. Do tej pory sądziła, że koszmary nigdy nie śnią się dwa razy tak samo. Wówczas miała wrażenie, jakby zrobiła ogromny błąd ortograficzny, jak "żecz", czy "wziąść" i nauczycielka zganiła ją właśnie takim spojrzeniem.
PP była w tym momencie kłębowiskiem materii, zdolnym do samodzielnego poruszania się. Nie przypominała postrachu gimnazjum, kiedy czujne oko nie zauważyło jej tam na górze. Straciła w oczach Natalii dawną obawę, gdy w pokoju pojawiła się kolejna osoba i bez wahania strzeliła w perfekcyjną głowę pani i pana P.
Potem cisza i odgłos ulatujących sił. Natalia przeceniła swoje możliwości, ale o tym przekonała się dopiero, kiedy zadarła plecami o kamienną ścianę i zgięła się w pół. Z ciężkim upadkiem na twardą półkę, ból rozniósł się gwałtowną falą aż po koniuszki palców. W tej chwili zapomniała. Nie była sama.
Coś, co zapewne krążyło teraz wokół pieca, wydawało nieludzkie dźwięki, wręcz mechaniczne i ostre. Natalia była pewna, że "coś" było liczbą mnogą, ale nie porozumiewało się poza tym brzękiem i świstem. Ta myśl zebrała resztki jej odwagi. Ze strachu przed śmiercią nogi odmawiały posłuszeństwa. Zaczęła się zsuwać.
Rodzina mówiła, że to, co działo się w polityce jeszcze rok temu, wkrótce się skończy. Mylili się, a przynajmniej tak uważała w tym momencie, wówczas, gdy nic innego nie przychodziło jej do głowy jako powód tego, czego sama doświadcza w tej chwili. I tak, jak oni wierzy w koniec.
Gdyby wisiała brzuchem do dołu, zapewne dostrzegłaby stopy, a nawet określiłaby przybliżony numer buta, gdyż jedno ze stworzeń właśnie zatrzymało się tuż przy wejściu. Ale Natalia zobaczyła o wiele więcej. W twarzy bladej od pustego wzroku rozpoznała Gabrielę Pardubicką. Do tej pory sądziła, że koszmary nigdy nie śnią się dwa razy tak samo. Wówczas miała wrażenie, jakby zrobiła ogromny błąd ortograficzny, jak "żecz", czy "wziąść" i nauczycielka zganiła ją właśnie takim spojrzeniem.
PP była w tym momencie kłębowiskiem materii, zdolnym do samodzielnego poruszania się. Nie przypominała postrachu gimnazjum, kiedy czujne oko nie zauważyło jej tam na górze. Straciła w oczach Natalii dawną obawę, gdy w pokoju pojawiła się kolejna osoba i bez wahania strzeliła w perfekcyjną głowę pani i pana P.
Potem cisza i odgłos ulatujących sił. Natalia przeceniła swoje możliwości, ale o tym przekonała się dopiero, kiedy zadarła plecami o kamienną ścianę i zgięła się w pół. Z ciężkim upadkiem na twardą półkę, ból rozniósł się gwałtowną falą aż po koniuszki palców. W tej chwili zapomniała. Nie była sama.
Rozdział 2
W jednej chwili jego twarz się zmieniła, wytrącona z amoku.
– Zrobotyzowaną nie jesteś, ale ryzykantką na pewno. – Schował pistolet za pasek spodni i przetarł czoło wierzchem dłoni.– Wszystko w porządku?
Natalia wpatrywała się w niego brudna od popiołu i wciąż siedząca na kamiennej półce. Zastanawiała się, czy coś powiedzieć, czy nie. Miał broń - z takimi lepiej nie dyskutować. Z drugiej strony zadał jej pytanie i będzie domagał się odpowiedzi. Choć mógł ją w każdej chwili zastrzelić, był na oko w jej wieku, do tego w cywilnym ubraniu, w niektórych miejscach poplamionym krwią. Chyba warto traktować go jak równego sobie?
– Tak.
– Świetnie. No to chodźmy – powiedział, zbliżając się do niej i wyciągając rękę.
– Hola, hola. – Zatrzymała go własną dłonią. – Nigdzie nie idę. To nie jest moje mieszkanie. Przyjaciółka wyszła i nie mam pojęcia, gdzie jest. Przed chwilą zabiłeś moją nauczycielkę i nawet nie wiem kim jesteś.
Chłopak zabrał dłoń i powoli cofnął się do drzwi.
– Bardzo chętnie wszystko ci wytłumaczę, ale nie zdążyłem zjeść obiadu i jestem strasznie głodny.
Natalia osłupiała. Nie była w stanie tego skomentować. Wstała dopiero, kiedy nieznajomy wyszedł z pokoju. Znalezienie go nie zabrało jej dużo czasu. Stał przy otwartej lodówce i wykładał jedzenie na kuchenny blat.
Dotąd myślała, że największym błędem życiowym, jaki kiedykolwiek mogła popełnić, zawsze będzie odpisanie na wiadomości Dawida Pawelca. Nękanie. Ciągłe zakupy na targu. Jakby mało było mu spodni i zawistnych spojrzeń z jej strony. Odliczała tylko dni, aż zajmie on miejsce Karola Weingarta.
Karol to zupełnie inna historia. To przez jej modlitwy, pomyślała, kiedy nawet w Radio 90 podano informację o przypadku w Rydułtowskim szpitalu. Weingartowi udało się ukończyć swój wymarzony kurs na chirurga. Z początku, w ratownictwie, nie życzono mu najlepiej, nawet wyzywano od tych pieronów i ćwoków. Jednak udało się i tak Karolowi przyszło przeprowadzić swoją pierwszą operację. Trafił mu się pacjent z poważnymi zaburzeniami wzroku, który zaś skończył pozbawiony lewej nogi. Chirurg po kursie trafił do więzienia na 15 lat. Jakby tego szczęścia było mało, operowanym okazał się Dawid Pawelec.
Natalia zaczęła wierzyć w rzeczy niemożliwe. Kiedy wszystko miało być już stracone, pojawił się on. I zabił koszmar jej życia. Mało brakowało, a uderzyłaby siebie w głowę. Nie mogła myśleć o tym w tej sytuacji.
– Wszystko zwrócę, gdy tylko ją znajdziemy – wymamrotał z ustami pełnymi kiełbasy.
– A niby skąd wiesz, gdzie szukać?
Chłopak, z pudełkiem wypełnionym po brzegi mięsem, usiadł przy stole.
– Nie wiem, ale podejrzewam. Czy urodziła się tak mniej więcej pod koniec lat dziewięćdziesiątych?
– Obie jesteśmy z dwa tysiące pierwszego.
– Ja też. I to jest nasz największy problem.
Nic nie rozumiała z jego gadki. Siedziała tam i z każdą chwilą nie mogła pozbyć się uczucia, że nie spotykają się pierwszy raz. Miała już zadać jakieś głupie pytanie, ale wtedy znowu się odezwał.
– Z pewnego powodu rząd chce się nas pozbyć, a resztę przemienia w to. – Wskazał na zwłoki PP, ale Natalia ani myślała się obracać. – Samochód, który zabrał stąd ludzi, jedzie do Żywca, a potem czterdzieści kilometrów dalej w góry. Wiem, bo to auto mojego dziadka. Ci politycy ani myślą marnować pieniędzy na transport.
Ugryzł kiełbasę i bardziej rozłożył się na krześle.
– O nie. – Już wiedziała, do czego to zmierzało. – To trzy dni pieszo.
– Jak się pospieszymy to jeden, a wcale nie musimy chodzić pieszo.
Z tym obcym człowiekiem to wykluczone. Natalia miała powód, ale on pojawił się znikąd i prawi jakieś farmazony o zaufanej, polskiej władzy. Pewnie użyje ją jako żywą tarczę, zastrzeli albo wykorzysta jej narządy do przekupstwa. Albo włosy, do tego po kryjomu.
– Zabrali moją siostrę. Oprócz mnie są tam inne osoby z Krakowa, a nawet ze Śląska. Długi czas – powiedział, jakby czytał Natalii w myślach.
Przecież nie tylko jego rodzeństwo mogli tam zabrać. Bóg wie co może dziać się teraz z Oliwierem.
– Nie mam pewności, czy jestem z tobą bezpieczna.
– Przecież mam pistolet!
– Którym możesz mnie zastrzelić - zarzuciła mu.
Westchnął i pokręcił głową. Odchylił się nieco w lewą stronę i na stole wylądowała broń.
– W takim razie ty go weź.
W tej samej chwili dwa piętra niżej drzwi uderzyły o ścianę. Ktoś wbiegał po schodach i zbliżał się do mieszkania Wiktorii. Zanim Natalia zdążyła zauważyć, chłopak już wciągał ją na dach. Trzymał jej plecak. Baleriny zsuwały się z jej stóp, a kok nie przypominał już koka, kiedy zobaczyła swoje odbicie w szklanych drzwiach.
Wyszli, a wtedy wieczorne powietrze owiało ich twarze. Natalia przyłożyła dłonie do czoła. Pod palcami poczuła kropelki potu. Kiedy podniosła wzrok, zauważyła jak chłopak wypatruje czegoś poza krawędzią dachu.
– Chodź, mam pomysł. – Nie patrzył na nią, tylko od razu pobiegł na prostopadły koniec. - Pójdziesz pierwsza - powiedział, kiedy do niego dołączyła.
– O czym ty mówisz? Tu nic nie ma.
Pokręcił głową.
– Chciałem powiedzieć: przeskoczysz.
– Wykluczone. To za daleko – protestuje, ale w tej chwili nie ma na to czasu. Stoi tyłem do drzwi, ale wie. Oni już tam są. I strzelają.
Nie myśli.
Tylko skacze półtora metra w przód i dwa metry w dół.
Nie oddycha. Cudem wyszła z tego bez złamań, a przynajmniej taką miała nadzieję. Zanim udaje jej się wziąć kilka uspokajających oddechów, zostaje ciągnięta dalej za reklamę szamponu do włosów.
– A teraz na trzy. – Podchodzi do Natalii bliżej. Teraz stykają się ramionami, a po chwili jego dłoń chwyta jej.
– Co na... - Jej zdanie zostaje nagle urwane, gdy on robi gwałtowny krok w przód.
Nie myślała nawet, że spadnie z komina i przeskoczy z budynku na budynek. Tym razem była już pewna, że zejdzie na dół schodami. Jednak, gdy ten jeden krok okazał się być krokiem w przepaść, towarzyszyło jej tylko powietrze i pięć silnie trzymających ją palców.
A potem runęła.
Prosto na stertę worków.
– Piłeczki do figloraju? No lepiej trafić nie mogłem! – ucieszył się, rzucając nimi niczym złotem. – Szybko, weźmy po jednym.
Zeskoczyli z klapy i przywarli plecami do ściany. Pokazał, żeby być cicho. Właściwie to nie mogli być niczego pewni. Gonili ich sobowtóry PP, a może równie zabłąkani ludzie, szukający schronienia?
Przebiegli aż do ulicy Zwierzynieckiej, a potem Natalia została osłonięta ręką Głodnego Mordercy Polonistek. Znowu. Była przecież dorosła, szła tą ulicą nie raz. Tymczasem ten oprych zdawał bać się Wawelu. Westchnęła zniecierpliwiona.
– Idziemy, czy nie?
– Jak ktoś będzie na moście, to wolę poczekać, niż ginąć.
– To może będziesz czekać krócej?
Warczy rozdrażniony, gdy Natalia wciąż dogaduje i pośpiesza, choć nie ma pojęcia, gdzie zamierza uciekać.
I nagle to dostrzega, za zamkiem.
Most i autostradę.
– Tam będziemy widoczni! Co ty, chcesz łapać stopa?!
– C i c h o b ą d ź. - Nie wyglądał na mniej zestresowanego niż ona, ale zapewne niewiele dzieliło go od czegoś bardziej nieuprzejmego.
Ale to ona miała pistolet.
Chociaż ten fakt pewnie mało go interesował.
– Skoro jesteś taka hop, to proszę, idź przodem. - Odwrócony, uśmiechnął się tak parszywie, jak uśmiechają się ludzie, którzy nikomu dobrze nie życzą.
– Dobra, będę osłaniać tyły, bez obaw - mruknęła i od razu poczuła się lepiej, odciążona tym jego strasznym spojrzeniem.
Wtedy ruszył biegiem i Natalia nie wiedziała, czy szybciej się od niej oddala, czy poruszają się jego nogi. Nie myślała o tym dzikim galopie, a o tym, że jeśli się zatrzyma, to kulka w łeb, jak to mawiała pani Skaba. Usłyszała jednak strzał i to najpewniej z dachu. Chciała krzyczeć, ale on zatrzymał się przy autostradzie i zeskoczył gdzieś w dół.
Natalia przeżyła to bez szwanku, ale strach wciąż ciążył jej na plecach, gdy ruszyła w jego ślady. Klęczał przy rzece i majstrował coś przy workach.
– Myślałam, że...
No właśnie, że pójdą autostradą, wystawieni jak na patelni?
– Tylko to przyszło mi do głowy. Popłyniemy aż trafimy na jakąś wieś. - Wstał i rzucił w nią workiem. Wyglądał jakby był już przygotowany, żeby próbować ją przekonać, ale Natalia już wiedziała, że nie należy się sprzeciwiać, kiedy samemu nie widzi się lepszego wyjścia. Jednak, gdy była po kark zanurzona w wodzie i trzymająca worek z piłeczkami, była bliska rozmyślenia się.
Przecież to był listopad.
– O cholera, to był rekin!
Syknęła, kiedy poczuła, że coś przepłynęło koło jej nogi. To powtórzyło się piąty raz, więc w końcu musiała to powiedzieć.
– Najwyżej sum.
Nie to chciała mu przekazać. Wawel majaczył daleko za nimi od jakiś dwudziestu minut, więc są już bezpieczni. Zmierzch dawno minął, a ona spoglądała na swoją dłoń jakby zza przyciemnianej, brudnej szyby samochodu. Kiedy jej oddech zamieniał się w kłębki pary, zastanawiała się, czy wciąż ją ma.
– Odbij w prawo, pod most. – Usłyszała, jak wyszeptał drżącym głosem.
Wyszli na brzeg przy podporze tempem staruszków, do tego z chorobą Parkinsona. Miejsce, gdzie mieli odpocząć było kamieniste, brudne i nie pachniało najlepiej.
– O Boże – wysapała – Nie czuję rąk. Nie czuję.
– Ja też nie. – Pociągnął nosem. – Spróbujmy tak.
Podszedł do Natalii i zamknął jej dłonie swoimi. Zaraz zaczął je energicznie pocierać.
On sam nie wyglądał najlepiej. Miał sine usta, przerażająco sine. Nie wiele widziała w ciemności, ale ze strachem stwierdziła, że przypominał jej śmierć.
I kogoś jeszcze.
Był upiornie znajomy. Zauważyła to od razu, nawet głos, włosy i te oczy mówiły więcej niż on sam dotychczas.
– Czy n-nie spotkaliśmy się już wcześniej? – Zadzwoniła zębami. Zabrzmiała bardziej głupio, niż myślała.
– Raczej nie. Na pewno bym cię zapamiętał – odparł. Choć go nie widziała, mogła przysięgać, że się uśmiechnął.
Po prostu to w i e d z i a ł a.
– Nie przedstawiłam się wcześniej. – Cholera. – Jestem Natalia.
Zamiast podać sobie ręce, pocierali je na zmianę, aż poczuła jego ciepło.
Przybliżył się do niej o krok. Jego ciepły oddech owiał jej twarz.
– Mów mi Aleks.
Rozdział 3
Skulona wpatrywała się w ziemię, jakby w ten sposób mogła poskładać gruzy, które jeszcze zostały z jej życia. Jak bardzo się myliła. Całe czterdzieści kilometrów poszło na marne. Nie znalazła tam Wiktorii, ani Oliwiera. I straciła kolejną ważną osobę.
Aleks zajadał się przeterminowaną kanapką, którą wczoraj ukradł. O ile kradzieżą można nazwać wejście przez rozbitą szybę do sklepu i zabranie wybranej rzeczy z lady. Tak, definitywnie kradzież.
– Za nami są nasi bliscy, którym nie wiadomo co się dzieje, a tymczasem t y po prostu jesz sobie kanapkę – wypluła Natalia.
Żując dalej, podniósł wściekły wzrok.
– Ja przynajmniej jem – powiedział Aleks.
Tego już Natalia nie skomentowała. Ostatni raz, kiedy miała coś w ustach, Wiktoria wyszła i już nie wróciła. Od tego czasu nie była też głodna. Myślała, że to przez adrenalinę. Tancerze, skoczkowie też nie odczuwali głodu przed czymś stresującym. W przypadku Natalii "to stresujące" trwa prawie tydzień i dokładnie tyle czasu nie je. Co najdziwniejsze, a także przerażające, nie jest nawet głodna.
Wiele razy zastanawiała się, czy to sen, czy jawa, że stoi przed nią dokładnie t e n Aleks. Może to po prostu ktoś bardzo podobny, o tym samym imieniu? Wówczas okazało się, że jego siostra ma na imię Wanda. Teraz niczego nie była już pewna, jak z resztą zawsze.
Wstał, otarł usta wierzchem dłoni i chwycił za broń. Musiał zabrać ją, gdy Natalia spała. Gdy na nią spojrzał, emanował nie tylko siłą, ale też obawą.
– Dobra, skopmy im tyłki.
Znowu miała wrażenie, że spała dłużej niż kilka godzin. Tym razem obudziła się, kiedy nastawał już świt, w lesie i w niewygodnej pozycji. Zniknęło ogromne palenisko, które widziała w oddali jeszcze wczoraj... a może tydzień temu?
Wiedziała, że nie zaśnie. Wstała i próbowała przejść kawałek, aby pozbyć się bólu głowy, ale już parę kroków dalej musiała przytrzymać się drzewa. Coraz trudniej oddychała, jakby właśnie przebiegła maraton. Nie spodziewała się, że obcy krzyk przywróci jej siły.
Natalia momentalnie nabrała czujności i przywarła plecami do drzewa. Nie zdawała sobie sprawy, że tak wiele może zobaczyć w ciemności. Że tak wiele się w niej kryło. Ze świstem wciągnęła powietrze, gdy tylko zobaczyła coś na kształt ludzkiej sylwetki. Nikt inny nie mógłby tak krzyknąć. Z pewnością źródłem dźwięku była kobieta, ale czy to ją teraz widziała? Gwarancja bezpieczeństwa nie istniała w tej chwili, a przynajmniej niczego takiego nie odczuwała. Jedna postać zamieniła się w dwie, a te w grupę.
Ciekawość zwyciężyła. Natalia nie mogła stać i czekać, aż to przedziwne plemię leśnych ludzi ją zje. Zakradała się, wskakując za drzewa. Nagle poczuła chłód. Nie taki, po którym zawija się w koc i trzęsie. Ten był przeszywający do szpiku kości i niósł ze sobą coś więcej, niż tylko zimno. Coś, przez co wbiło ją w ziemię. Ludzi przed nią także.
Pierwsza dziewczyna miała ciemne, prawie czarne włosy, potargane, zapewne od snu. Oczy z początku przymrużone, rozszerzyły się w strachu, emanując szarością. Ten kolor wstrząsnąłby Natalią najbardziej, gdyby nie zobaczyła drugiej dziewczyny.
Tą dziewczyną była ona sama. Jej lustrzane odbicie. A obok stała Wiktoria.
Za nimi mnóstwo dzieci; starszych i młodszych, stanowczo zbyt wcześnie obudzonych.
Nikt na nią nie patrzył. Nawet jej nie zauważyli, wpatrując się w postać.
Wbitą nożami do ściany.
Wiktoria przyjrzała się
bliżej. Natalia dobrze wiedziała, co zaraz nastąpi, a jednak stała
dalej. Sebastian z przejęciem na twarzy powiedział coś w kierunku tych
najbliżej drzwi, ale urwał.
Wtedy wyszedł Aleks.
Natalia jak zaczarowana wpatrywała się w twarz, którą widziała tak dawno temu. Teraz zszokowaną.
– Misia! – powiedział i
ruszył biegiem, wymijając kogoś, kto wyglądał jak Marek, Wiktorię i
kopię Natalii. Dopadł do ciała i wyciągnął nóż, tkwiący szyi . Przez
cały ten czas nie płakał, ani nie wydawał się nawet smutny. Był wściekły
Natalia zza drzewa obserwowała, jak spogląda na nóż, a potem na drugą Natalię, sycząc coś pod nosem.
Dalej już nie mogła patrzeć. Odwróciła się plecami do drzewa i ze wszystkich sił próbowała zagłuszyć hałas własnymi myślami.
Próbowała się już stąd
wydostać, ale najwidoczniej ktoś miał wobec niej inne plany. Nagle
wszystko zaczęło łączyć się w jedną całość. Płonący budynek, który
widziała to miejsce, z którego Aleks uratował dzieci. Dokładnie tak, jak
to zapisała. Słowem jednak nie wspomniała o tym, co się zdarzyło w
Krakowie i w Żywcu. Jeśli jednak uczestniczy w tym, w czym myśli, to wie
co się stanie i ma przewagę.
Potrzebuje czegoś
jeszcze. Czegoś, co ma Kulikowska, bo nazwisko to jedyna różnica między
nimi, jak zauważyła i lepiej będzie nazywać ją w ten sposób.
Nie czekała do jutra, bo
jak to często z nią bywało, następny dzień oznaczał tydzień, lub dłużej
w przód. Ruszyła więc w kierunku miejsca, gdzie to wszystko się
zaczęło.
Rozdział 4
Belka nie zmieniła
swojego miejsca, odkąd spadła na plecy Wiktorii. Ona nauczyła ją, że
zmarłym wcale nie są potrzebne ich własne rzeczy po drugiej stronie,
więc śmiało można im je zabrać. Dlatego miała latarkę.
Widok, jak i zapach
przywodziły na myśl śmierć, a nawet gorzej. Natalia starała się na nich
nie patrzeć i po prostu iść przed siebie. Na szczęście nie opisała tego
zajścia zbyt daleko od wyjścia, żeby mogła tu wytrzymać. Ciało, oblazłe
przez muchy, ułożyło się nienaturalnie jak na człowieka. Skóra blada i
pewnie (bo Natalia nie zamierzała tego sprawdzać) szorstka przybrała
strukturę podobną papierowi. Był starszy, niż go zapamiętała. Wszyscy
tutaj byli starsi, wskutek zeszłorocznych poprawek. Ale jedna rzecz się
nie zmieniła. Właśnie po to tutaj przyszła.
Nie mogła udawać
Kulikowskiej bez jej noża ze zdobioną rączką, prawda? Wciąż wbity w
brzuch Szymona, zachował się w nienagannym stanie. Chwyciła i wyciągnęła
jak szybko tylko mogła. Wsadziła go za pasek spodni, który wcześniej
przyciągnęła i zasłoniła kurtką.
Jeżeli jej plan ma się udać, potrzebuje narzędzi i to całkiem sporo.
Do jaskini dotarła
szybciej, niż myślała. Oczywiście, nie radziła sobie tak dobrze jak
Wiktoria i Marek, ale gdy podciągnęła się na ostatnim kamieniu,
stwierdziła, że będzie jej o wiele łatwiej. Zostawili po sobie łagodne
zejście, którym z łatwością przeszła.
Pięć kroków dalej nie
widziała swoich stóp, a po kolejnych dziesięciu ściana skalna po prawej
stronie się skończyła. Zdezorientowana sięgnęła przed siebie, próbując
utrzymać równowagę. Westchnęła gwałtownie, gdy trafiła swoją upragnioną
ścianę. Skręciła za nią, idąc po omacku i próbując dostrzec światło,
które powinno przecież tu być. Tymczasem robiło jej się coraz bardziej
duszno.
I wtedy coś mignęło jej
przed oczami. Chwilę nie dowierzała, może to jednak zwidy, ale nie! Widziała wiązkę światła. Ucieszyła się, niemal podskoczyła i poszła w
stronę światła, daleko, daleko przed nią.
Zaraz zaczęła biec, a
wtedy uderzyła w coś, co z pewnością nie było skałą. Natalia
przekoziołkowała dalej, odzierając boleśnie ramieniem. Mogła dać głowę,
że usłyszała coś poza własnym okrzykiem. Gorączkowo rozejrzała się za
czymkolwiek. Padło na latarkę, którą zapewne wcześniej widziała.
– Do jasnej cholery! To jest jakaś kpina - warknęła na latarkę, która wielkością dorównywała tubce pasty do zębów.
Latarka wcale nie była tak daleko. Poświeciła nią, a słup światła padł na ciało.
– O Boże, Zygmunt?
Uklękła przy dziadydze i potrząsnęła jego ramieniem.
– Halo, Życie Zygmunta, wracaj.
Zasady pierwszej pomocy na nic się nie zdały. Widać, ten dziadek nie do końca przywyknął do widoku ludzi.
– O nie. To mi coś
przypomina - mruknęła do siebie. Ostatnio, będąc samą tyle czasu, często
mówiła do siebie. No, a skoro tyle mówi, to mogła go chociaż ostrzec!
Upewniła się jeszcze
raz, czy aby na pewno jest martwy, zabrała mu latarkę i narzędzia, po
które tu przyszła. Nie wiedziała, kiedy dokładnie przyjdzie Marek, a to
on wykona tutaj brudną robotę. Zabijając starca, trochę ich opóźniła. W
końcu musieli wyruszyć w komplecie, a przy Wiktorii by to nie przeszło.
– Ta Kulikowska naprawdę jest morderczynią, lepiej ją zamknąć - mruknęła, wspinając się na wzgórze.
Zanim przyszedł Marek,
Natalia szła już lasem. Musiała dotrzeć do Rydułtów przed nimi, a być
może wtedy uda jej się porozmawiać z Aleksem. A jeżeli ma nie pobłądzić i nie zdradzić swojej pozycji, zostaje jej tylko jedna droga.
Las okazał się jakąś kpiną, a nie lasem. W swoim ogródku miała więcej drzew. Nawet Wiktoria w swoim ogródku miała więcej drzew! Ale w każdym razie, kiedy go przeszła, jej oczom ukazały się tory. Były zupełnie jak ziemia obiecana. Jak niepodległość dla Polski. Jak specjalnie wyznaczona wieś dla Prus.
Problem stanowiło ustalenie kierunku, w którym miała iść, ale dla Natalii rzeczy takie nieobce. Wystarczyło jedno jej spojrzenie na drzewo, a już się domyśliła, że na południe raczej iść nie powinna. Skręciła więc w stronę prawą i nią podążała, aż słońce zaczęło ślepić jej lewe oko, a torba z gadżetami Zygmunta pozostawiła po sobie bolesny ślad.
Gdy pomyślała, że wreszcie poczuła głód, choć tak naprawdę nikt by się z tego nie cieszył, a burczenie w brzuchu zatrzęsło ziemią, na zakręcie pojawił się ciemny kształt parowozu. Wielki leń nagle ogarnął Natalię i uznała ten zbieg okoliczności za idealną okazję. A idealnych okazji się nie przepuszcza.
Pociąg przejechał obok niej, niczym ślimak, czy pędzący żółw.
A przynajmniej tak to sobie wyobraziła, jednak wraz z przejechaniem obok pierwszego wagonu, jej włosy porwał wiatr i owinął w nie głowę Natalii, a ona sama prawie sturlała się ze wzgórza. Odzyskała równowagę i zaczęła biec.
Trzeci wagon był otwarty wystarczająco, żeby do niego wskoczyła. Biegła obok pociągu, aż dosięgnęła uchwytu i wdrapała się do środka. Jakie szczęście, że pociągi towarowe jeszcze jeżdżą. Ale chwila moment. Po co komu pociągi towarowe?
– Proszę, proszę. Kto złapał się w moje sidła?
Słyszała ten głos tylko raz, ale to wystarczyło, żeby rozpoznać, do kogo należał.
Przed nią we własnej osobie razem z ferajną androidów stał Dawid Pawelec. Ubrał się niezwykle elegancko, ale nawet to nie dodało mu urody. Może gdyby nie proteza, jeszcze byłaby zdolna wyrazić coś więcej niż niechęć.
– Ty śmierdzący stalkerze – syknęła i wyciągnęła nóż Kulikowskiej.
Ci jednak ją przechytrzyli i wyciągnęli pistolety.
– Szybki jestem.
– Ta, jak rakieta - mruknęła.
– Odłóż to albo będę musiał cię związać.
Już nie był taki rozbawiony i zadowolony jak wcześniej. Natalia zrozumiała, że nie ma z nimi żadnych szans. Odłożyła broń, a wtedy znowu się odezwał.
– Pewnie się zastanawiasz, jak w ogóle przeżyłem. Otóż Olimpia miała tę przyjemność, aby zjawić się w moim domu i zabić mnie osobiście. Nie zrobiła tego, przecież tu stoję, ale wyjawiła mi, że stoisz na czele armii dzieci i idziesz ją obalić, a ja jestem tu, żeby ci przeszkodzić. Dlatego wysadzę cię razem z tą bandą w melinie zwanej Rydułtowami. Na rynku.
– Więc to ty.
– Tak, we własnej osobie – powiedział i zaśmiał się jak tylko zaśmiać się mógł.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że Natalia miała bardzo chytry plan, jak pozbyć się go raz na zawsze.
Aleks stanął przy drzwiach.
– Tam jest zgraja zrobotyzowanych. Nie wychodź, póki cię nie zawołam. Rzucisz tym. – Podał jej granat, zupełnie jak ten domowej roboty z muzeum powstania warszawskiego. – Jeżeli za długo wdychasz możesz stracić przytomność, a nawet pamięć, więc ostrożnie.
– Jak to ma ich zabić.
Uśmiechnął się.
– To rtęć. Uszkodzi ich elektronikę, ale nam nie zrobi nic. Pamiętaj, nie wdychać.
Wcisnął dwa w jej dłoń i przez chwilę stał nieruchomo, jakby zastanawiał się, co może jeszcze zrobić. W ostateczności poklepał ją po ramieniu, a to zaś przypomniało jej o Wiktorii, która pewnie jest gdzieś tutaj.
Pokazał jej plan budynku, który zdobył gdzieś u podejrzanych dilerów, jak to sam nazwał. Według niego przed nimi są trzy korytarze, a oni muszą skręcić w lewo, dotrzeć do drzwi i skręcić w prawo.
– Tylko uważaj, Aleks – szepnęła, kiedy uchylił już drzwi.
– Ty też.
Zobaczyła jego uśmiech, zanim zniknął i usłyszała strzały. A to parszywiec, zabrał jej pistolet. Cieszyła się, nie widząc co tam się właściwie działo, a jednocześnie czekała, aż to wszystko się skończy.
Nie zabrali jej gadżetów, ale bacznie obserwowali każdy jej ruch. Pawelec właściwie nie był nią zainteresowany. Nie przebywał nawet w wagonie. I bardzo dobrze, bo kiedy nieuprzejmie ją obraził, o ile można obrazić uprzejmie, Natalia splunęła mu w twarz, a to już mu się nie podobało. Uciekł do innego wagonu, który dało się zamknąć. Ten pozostawał cały czas otwarty.
Szansy na ucieczkę Natalii potęgowały się z każdą chwilą. Zbliżali się do tunelu.
Kiedy już do niego wjechali, Natalia wstała i stanęła na krawędzi wagonu. Pociąg w tunelu zwolnił. Wychyliła się i zaczerpnęła powietrza.
Już.
Odepchnęła się od krawędzi. Porwał ją wiatr, a przynajmniej takie miała wrażenie. Potem tylko siniaki, kamienie i inne rzeczy, które naznaczyły jej skórę. Pociąg odjechał, Dawid Pawelec o niczym nie wiedział, a ona oddychała ciężko, leżąc na trawie, albo lisie.
Słońce już prawie zaszło. Musiała się pospieszyć, ale na szczęście wiedziała, gdzie jest. Pociąg jechał prawie cały czas prosto. Wyskoczyła z prawej strony, z tej samej, z której wskoczyła. Jeżeli przejdzie przez to pole, i las w oddali, dotrze do grupki pięciuset dzieci i jej dobrych znajomych, a tego niełatwo przegapić.
Natalia już miała dość natury. Wszędzie, gdzie nie postawiła stopy, tam robale, martwe ptaki, narządy, a nawet łapki wiewiórek.
Pięć lat temu była na obozie z Wiktorią i Karolem Weingartem. Nie miała pojęcia, skąd się tam wziął. Dostały kilka chwil czasu wolnego, a wtedy poszły pozbierać poziomki do blaszanek. Tak jak tutaj, widziały ślady krwi i rozszarpane... Nieważne. Jeszcze padniesz. Okazało się, że był to niedźwiedź, o którym opowiadał taki jeden przystojny harcerz, ale Natalia była wtedy zbyt w niego zapatrzona, żeby dodatkowo słuchać.
Właśnie on (w sensie niedźwiedź, nie harcerz) pogonił je na drzewo.
Lubował się w padlinie, a co, jeśli ten tutaj upodobał sobie wiewiórki? Pewnie przez to jest szybszy i dogoni ją, zanim zdąży wskoczyć na drzewo.
Chcę już tam być. Chcę już tam być. Chcę już tam być.Las okazał się jakąś kpiną, a nie lasem. W swoim ogródku miała więcej drzew. Nawet Wiktoria w swoim ogródku miała więcej drzew! Ale w każdym razie, kiedy go przeszła, jej oczom ukazały się tory. Były zupełnie jak ziemia obiecana. Jak niepodległość dla Polski. Jak specjalnie wyznaczona wieś dla Prus.
Problem stanowiło ustalenie kierunku, w którym miała iść, ale dla Natalii rzeczy takie nieobce. Wystarczyło jedno jej spojrzenie na drzewo, a już się domyśliła, że na południe raczej iść nie powinna. Skręciła więc w stronę prawą i nią podążała, aż słońce zaczęło ślepić jej lewe oko, a torba z gadżetami Zygmunta pozostawiła po sobie bolesny ślad.
Gdy pomyślała, że wreszcie poczuła głód, choć tak naprawdę nikt by się z tego nie cieszył, a burczenie w brzuchu zatrzęsło ziemią, na zakręcie pojawił się ciemny kształt parowozu. Wielki leń nagle ogarnął Natalię i uznała ten zbieg okoliczności za idealną okazję. A idealnych okazji się nie przepuszcza.
Pociąg przejechał obok niej, niczym ślimak, czy pędzący żółw.
A przynajmniej tak to sobie wyobraziła, jednak wraz z przejechaniem obok pierwszego wagonu, jej włosy porwał wiatr i owinął w nie głowę Natalii, a ona sama prawie sturlała się ze wzgórza. Odzyskała równowagę i zaczęła biec.
Trzeci wagon był otwarty wystarczająco, żeby do niego wskoczyła. Biegła obok pociągu, aż dosięgnęła uchwytu i wdrapała się do środka. Jakie szczęście, że pociągi towarowe jeszcze jeżdżą. Ale chwila moment. Po co komu pociągi towarowe?
– Proszę, proszę. Kto złapał się w moje sidła?
Słyszała ten głos tylko raz, ale to wystarczyło, żeby rozpoznać, do kogo należał.
Przed nią we własnej osobie razem z ferajną androidów stał Dawid Pawelec. Ubrał się niezwykle elegancko, ale nawet to nie dodało mu urody. Może gdyby nie proteza, jeszcze byłaby zdolna wyrazić coś więcej niż niechęć.
– Ty śmierdzący stalkerze – syknęła i wyciągnęła nóż Kulikowskiej.
Ci jednak ją przechytrzyli i wyciągnęli pistolety.
– Szybki jestem.
– Ta, jak rakieta - mruknęła.
– Odłóż to albo będę musiał cię związać.
Już nie był taki rozbawiony i zadowolony jak wcześniej. Natalia zrozumiała, że nie ma z nimi żadnych szans. Odłożyła broń, a wtedy znowu się odezwał.
– Pewnie się zastanawiasz, jak w ogóle przeżyłem. Otóż Olimpia miała tę przyjemność, aby zjawić się w moim domu i zabić mnie osobiście. Nie zrobiła tego, przecież tu stoję, ale wyjawiła mi, że stoisz na czele armii dzieci i idziesz ją obalić, a ja jestem tu, żeby ci przeszkodzić. Dlatego wysadzę cię razem z tą bandą w melinie zwanej Rydułtowami. Na rynku.
– Więc to ty.
– Tak, we własnej osobie – powiedział i zaśmiał się jak tylko zaśmiać się mógł.
Wtedy jeszcze nie wiedział, że Natalia miała bardzo chytry plan, jak pozbyć się go raz na zawsze.
Rozdział 5
– Tam jest zgraja zrobotyzowanych. Nie wychodź, póki cię nie zawołam. Rzucisz tym. – Podał jej granat, zupełnie jak ten domowej roboty z muzeum powstania warszawskiego. – Jeżeli za długo wdychasz możesz stracić przytomność, a nawet pamięć, więc ostrożnie.
– Jak to ma ich zabić.
Uśmiechnął się.
– To rtęć. Uszkodzi ich elektronikę, ale nam nie zrobi nic. Pamiętaj, nie wdychać.
Wcisnął dwa w jej dłoń i przez chwilę stał nieruchomo, jakby zastanawiał się, co może jeszcze zrobić. W ostateczności poklepał ją po ramieniu, a to zaś przypomniało jej o Wiktorii, która pewnie jest gdzieś tutaj.
Pokazał jej plan budynku, który zdobył gdzieś u podejrzanych dilerów, jak to sam nazwał. Według niego przed nimi są trzy korytarze, a oni muszą skręcić w lewo, dotrzeć do drzwi i skręcić w prawo.
– Tylko uważaj, Aleks – szepnęła, kiedy uchylił już drzwi.
– Ty też.
Zobaczyła jego uśmiech, zanim zniknął i usłyszała strzały. A to parszywiec, zabrał jej pistolet. Cieszyła się, nie widząc co tam się właściwie działo, a jednocześnie czekała, aż to wszystko się skończy.
Nie zabrali jej gadżetów, ale bacznie obserwowali każdy jej ruch. Pawelec właściwie nie był nią zainteresowany. Nie przebywał nawet w wagonie. I bardzo dobrze, bo kiedy nieuprzejmie ją obraził, o ile można obrazić uprzejmie, Natalia splunęła mu w twarz, a to już mu się nie podobało. Uciekł do innego wagonu, który dało się zamknąć. Ten pozostawał cały czas otwarty.
Szansy na ucieczkę Natalii potęgowały się z każdą chwilą. Zbliżali się do tunelu.
Kiedy już do niego wjechali, Natalia wstała i stanęła na krawędzi wagonu. Pociąg w tunelu zwolnił. Wychyliła się i zaczerpnęła powietrza.
Już.
Odepchnęła się od krawędzi. Porwał ją wiatr, a przynajmniej takie miała wrażenie. Potem tylko siniaki, kamienie i inne rzeczy, które naznaczyły jej skórę. Pociąg odjechał, Dawid Pawelec o niczym nie wiedział, a ona oddychała ciężko, leżąc na trawie, albo lisie.
Słońce już prawie zaszło. Musiała się pospieszyć, ale na szczęście wiedziała, gdzie jest. Pociąg jechał prawie cały czas prosto. Wyskoczyła z prawej strony, z tej samej, z której wskoczyła. Jeżeli przejdzie przez to pole, i las w oddali, dotrze do grupki pięciuset dzieci i jej dobrych znajomych, a tego niełatwo przegapić.
Natalia już miała dość natury. Wszędzie, gdzie nie postawiła stopy, tam robale, martwe ptaki, narządy, a nawet łapki wiewiórek.
Pięć lat temu była na obozie z Wiktorią i Karolem Weingartem. Nie miała pojęcia, skąd się tam wziął. Dostały kilka chwil czasu wolnego, a wtedy poszły pozbierać poziomki do blaszanek. Tak jak tutaj, widziały ślady krwi i rozszarpane... Nieważne. Jeszcze padniesz. Okazało się, że był to niedźwiedź, o którym opowiadał taki jeden przystojny harcerz, ale Natalia była wtedy zbyt w niego zapatrzona, żeby dodatkowo słuchać.
Właśnie on (w sensie niedźwiedź, nie harcerz) pogonił je na drzewo.
Lubował się w padlinie, a co, jeśli ten tutaj upodobał sobie wiewiórki? Pewnie przez to jest szybszy i dogoni ją, zanim zdąży wskoczyć na drzewo.
W końcu zabrakło jej sił. Padła zmęczona przy drzewie i zaczęła szukać latarki, żeby zobaczyć mordercę przed śmiercią i nękać go w snach. Oprócz latarki, wyciągnęła też książkę.
"Krwiożerczy kogut".
Dlaczego wszystko co ją otacza, ma związek z krwią, do jasnej cholery?!
Kogut jednak nie był horrorem, a fantasy. Otworzyła książkę w środku i natychmiast w oczy rzucił jej się fragment:
,,Zapalił pochodnię. Nie zrobił tego, bo sam na to wpadł, a raczej dlatego, że przypomniał sobie, co Lydie Pimplebottom mówiła na urodzinach Charlesa Radcliffe'a:
– Lepiej rozpal ogień albo rozdaj po pochodni, bo zeżrą nas dzikie zwierzęta."
Na akapicie napisano odręcznie "stearyna, bawełna, drut". Wszystkie trzy pozycje skreślone.
Natalia zmarszczyła brwi i sięgnęła do torby. Myszkując, znalazła drut. Wygląda na to, że Zygmunt się gdzieś wybierał i to z egzemplarzem Krwawego koguta. Wyciągnęła wszystko, co potrzebowała do zrobienia pochodni i co Zygmunt uprzednio jej załatwił. Na obozie nauczyła się wszystkiego, prócz obcowania z niedźwiedziem, dlatego po chwili trzymała w dłoni płonący trójząb Posejdona. Nikt jej teraz nie podskoczy.
Zauważyła coś niecodziennego jak na las, czyli człowieka w krzakach. Coś dużo w Rebelii skradających się ludzi w krzakach. Najpierw Stefan, potem Marek, a teraz... ah, pewnie Adrian. Z chęcią pokrzyżowałaby mu plany. Zabiłaby go tu i teraz.
Ale najpierw musi odciągnąć go kawałek dalej, bo coś za głośno się robi na tamtej polanie pełnej ludzi.
Polana pełna ludzi!
Znalazła ich, czyli teraz jest bezpieczna. Ale oni też muszą być bezpieczni.
Trzymając pochodnię, zakradła się do chudej leszczyny, potem szerokiego dębu, aż w końcu musiała się doczołgać do krzaków Adriana. On był przytomny, kiedy go znaleźli, czy nie? Nie ważne. Na wszystko jest sposób.
Zamierzała bardzo brutalnie wyciągnąć go za nogę, kiedy usłyszała tę pełną grozy frazę.
– Idę pozbierać poziomki.
Nie. Nie. Nie.
Natychmiast wstała i zaczęła zakopywać Adriana w liście i ziemię, ale wiedziała, że intruz jest coraz bliżej. Wyjrzała znad kryjówki, a wtedy napotkała wzrok Wiktorii.
– Natalia?
Wtedy zrobiła pierwszą rzecz, jaka przyszła jej do głowy.
– Nie, twój najgorszy koszmar.
I rzuciła w nią kamieniem. Wiktoria i kamień padli na ziemię, a Natalia mogła odetchnąć z ulgą.
– Własnego oficera? – powiedział ktoś nagle.
Zanim Natalia się zorientowała, ktoś chwycił ją za kostkę. Nie zdążyła się wyrwać. Na jej głowie pojawił się czarny worek i usłyszała jeszcze:
– Mieliśmy ją zastrzelić.
A potem dostała w głowę, jak Wiktoria wcześniej kamieniem.
I pomyśleć, że tak ją uratowała.
Rozdział 6
Nim otworzyła oczy, wiedziała już, gdzie jest. Spędziła w tym miejscu zbyt dużo czasu, żeby go nie poznać. A jednak wyglądało inaczej.
Fontanny nie było. Kwiaty mogły służyć tylko za chwasty. Budynki wokół były szare, niemal jak niebo nad nią. Jeden z domów, ten najbliżej niej, pęknął na pół, a przez środek biegła gruba szczelina.
Nie tak wyobrażała sobie Rydułtowy.
Próbowała się poruszyć, ale spoglądając w dół, zobaczyła, że przywiązane jest do niej coś na kształt bomby. Nie przypominała sobie, żeby zmieniła religię. Razem z nią, na całym rynku siedziały dzieci w równie niekomfortowej sytuacji. Świetnie, nie zdąży nic zrobić, bo wybuchnie, kiedy Zuzia pośle iskrę ze szkoły. Czy Natalia mogła obudzić się w mniej nie korzystnym fragmencie?
– Bardzo mało bohaterska śmierć. – Pokręcił głową z dezaprobatą Dawid Pawelec.
– Jak mnie znalazłeś? – zapytała, choć odpowiedź okazała się banalna.
– Twoja pochodnia rzucała takie światło, jak latarnia morska.
Skawińskiego spotkał taki los za niezapalenie latarni. No, prawie.
Jej kompania znowu była blisko. Niemal tak blisko, jak Dawid Sztuczna Noga Pawelec.
– Przynieście mi coś do picia – rozkazał dwóm zrobotyzowanym, którzy wciąż się koło niego kręcili.
Kiedy odeszli, sztuczna noga zaskrzypiała, zbliżając się w jej stronę. Uklęknął.
I odwiązał sznur z ładunkiem wybuchowym.
– Czy to nie plan idealny? Olimpia będzie myślała, że zginęłaś wraz z tymi dziećmi, a wtedy my będziemy już po ślubie.
– Wiesz co? – odparła poważnie.
Dawid Pawelec przybliżył się, żeby lepiej słyszeć.
– Pora się ciebie pozbyć raz na zawsze.
Nie zdążył zareagować, kiedy Natalia chwyciła za sznur i przygniatając Pawelca, przywiązała do niego ładunek.
– To już koniec twojej historii, Pawciu.
Odbiegła dalej, żeby schronić się przed wybuchem. Najszybsza droga prowadziła przez przepołowiony dom. Weszła więc do środka przez szczelinę. Ostrożnie stawiała kroki po gruzach, a jednocześnie jak najszybciej.
Od drabiny dzieliło ją dziesięć metrów.
Pięć.
Dw–
Eksplozja.
Krew.
I Natalia, leżąca na pozostałościach po stole.
Było gorzej, niż myślała. Przez chwilę nic nie słyszała, a potem do niej dotarło, że już po wszystkim. Leżała kilka chwil, aż przestało jej się kręcić w głowie, a potem powoli wstała i ruszyła w stronę drabiny. Była na ostatnim szczeblu, kiedy ten się zarwał, a ona poleciała do tyłu, zbyt otumaniona, by się czegoś złapać.
Nie musiała.
Ktoś złapał ją.
– O matko – jęknęła.
– Wątpliwe, bym był twoją matką.
Dźwignęła głowę gwałtownie tak, że znowu ją rozbolała.
– Aleks.
– Tak, nie twoja matka. To już wiesz. Wszystko w porządku?
Postawił ją na ziemi, a ona spojrzała na niego z dołu. Długo z nim nie rozmawiała. Mogła uznać, że z Kulikowską się już pogodził, ale czy to, co może powiedzieć, nie obudzi w nim poprzedniej niechęci?
– Tak, tylko trochę kręci mi się w głowie.
. A wiesz co mogłoby temu zapobiec? – pochylił się nad nią, ale nie oczekiwał odpowiedzi. – Zostanie w szkole, głupia idiotko!
– Posłuchaj, Aleks...
– Nie, Natalia. Zrobotyzowani mogli ich wysadzić w każdej chwili. Mogłaś tam zginąć.
– Pojmał mnie dowódca tej akcji. Uwolnił mnie, a ja go związałam i chwilę później eksplodował.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi, że wychodzisz?
Dobre pytanie, Aleks.
Natalia przez chwilę się zamyśliła z wzrokiem wbitym w rozbite okno.
– Generał nie musi meldować o każdym wyjściu do toalety.
Aleks najwidoczniej poczuł się zawstydzony, bo przestał zadawać pytania.
– Zmieniłeś się od ostatniego razu.
– Co masz na myśli?
Na to Natalia nie miała żadnego suchara.
– Nieważne, zapomnij. – Wraz z tymi słowami pękło jej serce.
– Co się dzieje?Fontanny nie było. Kwiaty mogły służyć tylko za chwasty. Budynki wokół były szare, niemal jak niebo nad nią. Jeden z domów, ten najbliżej niej, pęknął na pół, a przez środek biegła gruba szczelina.
Nie tak wyobrażała sobie Rydułtowy.
Próbowała się poruszyć, ale spoglądając w dół, zobaczyła, że przywiązane jest do niej coś na kształt bomby. Nie przypominała sobie, żeby zmieniła religię. Razem z nią, na całym rynku siedziały dzieci w równie niekomfortowej sytuacji. Świetnie, nie zdąży nic zrobić, bo wybuchnie, kiedy Zuzia pośle iskrę ze szkoły. Czy Natalia mogła obudzić się w mniej nie korzystnym fragmencie?
– Bardzo mało bohaterska śmierć. – Pokręcił głową z dezaprobatą Dawid Pawelec.
– Jak mnie znalazłeś? – zapytała, choć odpowiedź okazała się banalna.
– Twoja pochodnia rzucała takie światło, jak latarnia morska.
Skawińskiego spotkał taki los za niezapalenie latarni. No, prawie.
Jej kompania znowu była blisko. Niemal tak blisko, jak Dawid Sztuczna Noga Pawelec.
– Przynieście mi coś do picia – rozkazał dwóm zrobotyzowanym, którzy wciąż się koło niego kręcili.
Kiedy odeszli, sztuczna noga zaskrzypiała, zbliżając się w jej stronę. Uklęknął.
I odwiązał sznur z ładunkiem wybuchowym.
– Czy to nie plan idealny? Olimpia będzie myślała, że zginęłaś wraz z tymi dziećmi, a wtedy my będziemy już po ślubie.
– Wiesz co? – odparła poważnie.
Dawid Pawelec przybliżył się, żeby lepiej słyszeć.
– Pora się ciebie pozbyć raz na zawsze.
Nie zdążył zareagować, kiedy Natalia chwyciła za sznur i przygniatając Pawelca, przywiązała do niego ładunek.
– To już koniec twojej historii, Pawciu.
Odbiegła dalej, żeby schronić się przed wybuchem. Najszybsza droga prowadziła przez przepołowiony dom. Weszła więc do środka przez szczelinę. Ostrożnie stawiała kroki po gruzach, a jednocześnie jak najszybciej.
Od drabiny dzieliło ją dziesięć metrów.
Pięć.
Dw–
Eksplozja.
Krew.
I Natalia, leżąca na pozostałościach po stole.
Było gorzej, niż myślała. Przez chwilę nic nie słyszała, a potem do niej dotarło, że już po wszystkim. Leżała kilka chwil, aż przestało jej się kręcić w głowie, a potem powoli wstała i ruszyła w stronę drabiny. Była na ostatnim szczeblu, kiedy ten się zarwał, a ona poleciała do tyłu, zbyt otumaniona, by się czegoś złapać.
Nie musiała.
Ktoś złapał ją.
– O matko – jęknęła.
– Wątpliwe, bym był twoją matką.
Dźwignęła głowę gwałtownie tak, że znowu ją rozbolała.
– Aleks.
– Tak, nie twoja matka. To już wiesz. Wszystko w porządku?
Postawił ją na ziemi, a ona spojrzała na niego z dołu. Długo z nim nie rozmawiała. Mogła uznać, że z Kulikowską się już pogodził, ale czy to, co może powiedzieć, nie obudzi w nim poprzedniej niechęci?
– Tak, tylko trochę kręci mi się w głowie.
. A wiesz co mogłoby temu zapobiec? – pochylił się nad nią, ale nie oczekiwał odpowiedzi. – Zostanie w szkole, głupia idiotko!
– Posłuchaj, Aleks...
– Nie, Natalia. Zrobotyzowani mogli ich wysadzić w każdej chwili. Mogłaś tam zginąć.
– Pojmał mnie dowódca tej akcji. Uwolnił mnie, a ja go związałam i chwilę później eksplodował.
– Dlaczego nie powiedziałaś mi, że wychodzisz?
Dobre pytanie, Aleks.
Natalia przez chwilę się zamyśliła z wzrokiem wbitym w rozbite okno.
– Generał nie musi meldować o każdym wyjściu do toalety.
Aleks najwidoczniej poczuł się zawstydzony, bo przestał zadawać pytania.
– Zmieniłeś się od ostatniego razu.
– Co masz na myśli?
Na to Natalia nie miała żadnego suchara.
– Nieważne, zapomnij. – Wraz z tymi słowami pękło jej serce.
Rozdział 7
Dłoń, trzymająca granat spociła się tak, że niemal go upuściła. Co chwilę przekładała go z ręki do ręki jednocześnie próbując przestać zgrzytać zębami.
Ze strachu.
O niego.
To już nie była Rebelia. W tej historii Aleks może zginąć w każdej chwili. Ona też. Zapewne zwykły zbieg okoliczności sprowadził ją tutaj z Krakowa razem z chłopakiem, który inaczej patrzy na świat i zwyczajnie myli pojęcia.
A co, jeśli tak właśnie wyglądało życie Aleksa przed Rebelią. W prawdzie nigdzie tego nie zapisała, wspomniała tylko, że obudzili się wcześniej, ale Aleks przecież mówił jej, że uciekł.
To znaczy, że musi się coś stać.
Złego.
– Natalia, teraz! – krzyknął, a ona otworzyła ciężkie drzwi.
Za nimi Aleks właśnie powalił zrobotyzowanego na ziemię. Bał się. W tej chwili nie mógł czuć niczego innego. Z prawej doszli kolejni.
Aleks coś do niej mówił.
A ona stanęła bokiem.
I rzuciła granatem z rtęcią w oddział.
Większość padła, ale kolejnych trzech szło dalej.
Aleks chwycił jednego za rękę i pociągnął na ścianę.
– Rzucaj!
Drugi zaszedł go od tyłu, ale Aleks w porę się obrócił i obaj wylądowali na ziemi. Pierwszy znowu stał, a trzeci szedł prosto na niego.
Nie może w nich rzucić.
W niego.
– Rzucaj tym cholernym granatem!
Zrobotyzowany przyciskał Aleksa do ziemi swoim ciężarem.
Jeśli rzuci, nie będzie już odwrotu.
Jeśli nie rzuci, Aleks zginie.
Więc zrobiła to. A potem pobiegła w lewo i w prawo, a tam znalazła to, po co przyszli. Zrobotyzowanych nie było w pobliżu. Musieli być zaprogramowani na "rzucać wszystko i bronić".
Weszła do środka bez problemu, drzwi były otwarte na oścież.
Dzieci leżały szczelnie zamknięte, przez szkło mogła zobaczyć jak śpią. Musiał tu być panel sterowania, taki jak w Rycerce. Oprócz baniek dla śpiących, obok wejścia stało tylko biurko, krzesło i stół operacyjny. Podeszła w to miejsce i zobaczyła stertę papierów A3 w otwartym segregatorze. Lista. Osoby wypisane alfabetycznie, do tego zmierzone, zważone i z pełną pulą badań.
Szybko przerzuciła kartki, aż nazwiska zaczynały się na literę S.
Nie ma jej tutaj.
Poczuła złość, tak ogromną, że musiała dźwignąć głowę, żeby odgonić łzy bezradności. Wtedy zobaczyła napis nad drzwiami.
A-D.
Odwróciła się.
Na drugim końcu sali to samo. Ale pod napisem były ogromne drzwi. Ruszyła w ich stronę, a kiedy je otworzyła, jej oczom ukazał się ten sam widok.
Ale inny napis.
E-H.
Ułożyli ich alfabetycznie w salach.
Przeszła dalej, aż wreszcie doszła to celu.
Ł-O.
Na ścianie wisiała kolejna lista z numerem celi i nazwiskiem.
Są.
Sebastian Łopata 416.
Wanda Młotek 494.
To rząd przy którym stała. Odwróciła się natychmiast i ruszyła biegiem pod właściwy numer.
– Sebastian! Obudź się, już!
Ale on ani drgnął. Waliła w szybę, ale nic to nie dało. Mogła zabrać pistolet jakiemuś androidowi, ale pewnie też by się nie przydał.
Wtedy zwróciła uwagę na to, co miała do dyspozycji.
Szkło może być kuloodporne, ale nie łóżko odporne!
Wraz z rozpędzonym stołem wjechała do Sebastiana, niczym Marek łóżkiem do pokoju.
Szyba roztrzaskała się na kawałki, a czerwone światło włączyło się wraz z alarmem. Wszystkie szklane kopuły wsunęły się w metalowe zespolenia. Zrobotyzowani mają najpewniej instalowane wewnętrzne alarmy, ale zajmie im trochę czasu posprzątanie po Aleksie.
Opary usypiające ulotniły się. Sebastian powinien wkrótce się obudzić. Jego posłanie równało się wysokością ze stołem. Natalia przeturlała go na swoją część i popchnęła w stronę celi Wandy. Ją też upchnęła na łóżko, a potem najszybciej jak tylko mogła, transportowała ich w stronę wyjścia.
Przejechała stołem po martwych androidach i wciągnęła Aleksa na półkę na narzędzia.
Spojrzała na zegar i z westchnieniem stwierdziła, że nowy dzień już za kilka chwil. Objęła się szczelniej dłońmi. Może i noc nie była zimna, ale Natalia właśnie tak się czuła.
Zamierzała odpłynąć w bezpieczny sen. W końcu nie musi się już obawiać, że obudzi się innego dnia, niż powinna. Wystarczy jedna myśl, a obudzi się we właściwym czasie.
Ledwo zamknęła oczy, a ciężkie kroki na schodach zmusiły ją do powstania na baczność.
Jej oczy spotkały się z błyszczącym spojrzeniem Aleksa. Zapiął zamek kurtki do mostka i uśmiechnął się na powitanie. Ogarnęło ją potworne poczucie winy. On nie wyczuwał oszustwa. Dlaczego miałby?
A czy to źle udawać samą siebie?
– Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
Tak, ona też.
– Byłem pewien, że śpisz - kontynuował.
– No to skoro już tu jesteś, to ja sobie... - powiedział, cofając się kilka kroków.
– Nie! - zawołała Natalia wyciągając rękę. Zorientowała się, że wygląda to dość niecodziennie, szczególnie z tym jej obłąkanym wzrokiem. Do tego wystawiła dłoń na zimne powietrze i miała wrażenie, że zaraz jej odpadnie.
Ale Aleks się tylko głupio uśmiechnął. Zupełnie jak w Krakowie.
– Zimno ci? – Podszedł bliżej, a na jego twarzy pojawiło się skupienie.
Nawet gdyby chciała zaprzeczyć, on już wiedział jaka jest prawda.
– Mi też. Spróbujmy tak.
Chwycił jej dłonie i pocierał, a ona poczuła ciepło niemal natychmiast.
– Dmuchnij do środka.
Natalia posłała krótki huh, a Aleks roześmiał się głośno.
– Ej, przestań. Obudzisz wszystkich.
Rzeczywiście przestał, jakby obchodził go los tych, którzy chcieli się wyspać.
– Patrz.
Nachylił się i uniósł wzrok, a potem dmuchnął przeciągle. Natalia nie mogła się oprzeć, kiedy trzymał jej ręce tak blisko swojej twarzy i zanim zastanowiła się drugi raz, musnęła palcem jego policzek.
Aleks znieruchomiał, biorąc gwałtowny wdech. Popatrzył na nią z dołu, ale jego oczy były inne. Ciemniejsze.
Zanim zdążył się wyprostować, na dole pojawił się ruch. Aleks stał przodem do barierki, Natalia chwilę później też. To, co zobaczyła, sprawiło, że wbiła paznokcie w drewno.
Na dole, między drzewami, szła Kulikowska. Najpewniej na swoją wartę i wtedy ona, na górze przypomniała sobie ten rozdział.
– Tam ktoś...
Zapewne dokończyłby to zdanie, gdyby nie Natalia. Chwyciła za poły jego kurtki, odciągając go jak najdalej od barierki. Dla Aleksa mogło wydać się to co najmniej dziwne, ale ona zdecydowała się wywołać jeszcze większy mętlik w jego głowie. Była na tyle blisko, żeby nie widzieć nic poza nim, czuć na skórze tylko jego oddech i chłonąć jego zapach.
To jej zadaniem było zrobić pierwszy ruch, ale w chaosie oddechów i westchnień nie wiedziała już, czy je wykonała.
Kiedy ich usta się złączyły, to Aleks wydawał się być zdziwiony. Wziął oddech, jakby ostatni, a potem przyciągnął ją jeszcze bliżej i wplątując palce w złote kosmyki, pocałował ją z żarliwością równą sile jego i jego serca. Biło teraz szybko, a Natalia stała tak blisko, że mogła to poczuć.
Sunęła rękami w górę w stronę jego szyi. Aleks nie powstrzymał westchnienia w chwili, kiedy jej palce dotknęły wrażliwego miejsca.
Obrócił ją tak, że plecami zderzyła się z drewnianą podporą. Wydała pisk zaskoczenia, który Aleks natychmiast spił z jej ust.
Natalia oddawała pocałunek z całą tęsknotą i pasją, zabierając mu zimno i oddając ogień. Ogień, który ustami kreślił płonący szlak na jej szyi.
Tamtej nocy go straciła, a z tą nocą odzyskała.
– Czy to ten moment, kiedy mam przeprosić?
– A chcesz?
Aleks uśmiechnął się, łapiąc oddech.
– Nie. Za to nie, ale za wszystko inne.
– To nic w porównaniu do tego, co ja ci zrobiłam. Wierz mi – szepnęła i odsunęła się, wiedząc, że musi się spieszyć. – Do zobaczenia.
Mimo protestów Aleksa, zbiegła po schodach. Kiedy zeszła, skryła się w cieniu blaszanej odnogi.
Kroki się zbliżały. Kulikowska właśnie ją minęła i zbliżała się do schodów, a Natalia postąpiła krok do przodu.
I rzuciła w nią kamieniem.
Co jak co, ale kamień to niezawodna broń.
Wzięła siebie pod pachy i zaciągnęła w stronę drzew, gdzie rozbili obóz. Trochę trudności przysporzyło jej ułożenie Kulikowskiej we właściwym miejscu, ale obyło się bez złamań.
Natalia spojrzała jeszcze raz w stronę wieży, a potem odeszła w stronę Katowic, na swoją ostatnią misję.
Zrobotyzowani się spóźniali.
Minęło kilka godzin odkąd Natalia zajęła swoje miejsce w jakiejś melinie na ulicy francuskiej. Oddział Kulikowskiej pewnie gdzieś się tu kręcił. O, tak jak Wiktoria, która właśnie oparła się na parapecie wybitego okna w kamienicy. No tak, gdzie indziej miałaby się zatrzymać, jak nie na ulicy francuskiej?
Obok Natalii przeleciał kot.
A za nią ktoś szedł sobie z nogi na nogę.
O, Kulikowska.
Natalia nie chciała się ruszać z miejsca i szukać swojego drugiego ja, więc niezmiernie ją to ucieszyło, kiedy drugie ja znalazło ją. Teraz tylko nie mogła jej zgubić.
Miała bardzo długą i nudną trasę, ale mniej więcej w połowie coś zaczęło się dziać.
Android wyszedł ze sklepu internetowego. A, pewnie był w naprawie.
Obie Natalie stanęły, ale ta mądrzejsza miała w pogotowiu pistolet. Dawid Pawelec i jego kompania się przydali. Ze sklepu wyszedł kolejny i kolejny, aż nazbierała się potężna grupka.
Oni wszyscy na jedną Natalię.
Albo raczej dwie.
Jeden z nich ją zauważył i natychmiast zaczął strzelać. Pocisk przeleciał Kulikowskiej koło ucha, ale w porę schowała się za resztkami starego mercedesa.
Natalia strzeliła w nich i tak udało się unieszkodliwić pięciu. W poszukiwaniach następnych naboi natrafiła na coś dziwnego. Wyciągnęła to i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Granat.
W pośpiechu wbiegła na pierwsze piętro sklepu zoologicznego. Na drugie. Wreszcie stanęła na dachu i popatrzyła na nich z góry.
Tym razem nie spudłuje. Nie dzisiaj.
Odbezpieczyła granat i rzuciła w stronę zrobotyzowanych.
Tym razem rzut był celny.
Zbiegła po schodach, ale na ostatnim piętrze podwinęła jej się noga i stoczyła się po schodach, boleśnie obijając. Podniosła się na rękach z trudem łapiąc oddech. Bolało wszędzie. Potwornie bolało. Nie wiedziała, czy czegoś nie złamała, albo czy krwawi. Kiedy wstała i zrobiła kilka kroków, okazało się, że nic nie złamała. Odetchnęła.
Kulikowska właśnie wychylała się zza maski, a Natalia dla ochrony przed rtęcią w chustce na twarzy podeszła do niej, chwyciła ją za ramię i powlokła na drugą stronę ulicy. Apteka była idealnym miejscem na kryjówkę.
– Nie ruszaj się stąd, dopóki ktoś po ciebie nie przyjdzie.
– Żartujesz? Jestem tu, by walczyć. Kim ty w ogóle jesteś?
– Przysłano mnie w zastępstwie. Posłuchaj, ktoś próbuje cię zabić. – I ten ktoś właśnie stoi przed tobą. – Zaufaj mi.
Nie czekała na jej odpowiedź. Wyszła i pobiegła w stronę stanowiska Wiktorii. Dopiero wtedy poczuła, że boli ją biodro.
Zatrzymała się i uniosła materiał. O, Boże. Nie zdążyłam opisać tego, co zobaczyła Natalia. Z dwóch powodów.
Odsunęła wzrok tak szybko, że nie udało mi się zerknąć.
Ktoś właśnie do niej strzelił.
Nie wiedziała, gdzie dostała. Myślała tylko o tym, żeby wyciągnąć pistolet. Zrobotyzowany siedział na dachu. Strzeliła kilka razy, ale dalej tam był. Drugi strzał i druga rana. Ten precyzyjnie wycelowany był w brzuch, ale precyzyjnie trafiony w ramię.
Minęła przewróconą sygnalizację świetlną i skryła się za czymś, co było restauracją. Cała akcja była niczym labirynt dla szczura. Postać sera przybrały androidy i to w niezupełnie pozytywnej formie.
Wtedy na ulicę wbiegł rebeliant. Znała go. Nazywał się Mariusz. Wyciągnęła do niego rękę i chciała powiedzieć, że tamten teren już jest czysty.
Ale on do niej strzelił.
– Cholera, Mariusz. Nie bez powodu się tak nazywasz.
Natalia chwyciła się za brzuch i skuliła, ale to tylko wzmocniło ból. Roznosił się falami od brzucha, ramienia i nogi. Nie mogła oddychać. Nie mogła...
– O rajciu, generale! Prędko do punktu szpitalnego.
Mariusz założył jej chorą rękę na kark, przez co wydała z siebie coś pomiędzy skrzekiem, warkotem, a bulgotaniem.
Jakoś doniósł Natalię do miejsca, gdzie kiedyś rosły drzewa, a teraz była tam tylko ziemia wymieszana z pyłem. Namiot szpitalny stał pięćdziesiąt metrów od nich.
Coś jej tu nie grało. Czemu przed szpitalem polowym leżały ciała opruszone ziemią? I te dziury.
Nagle przypomniała sobie o Ivanie. Skakał sobie po grobach niemieckich żołnierzy, czytając ich nazwiska. Hans Miller, Urlich Gabzenbürg, Gregoriun Hünphelfünphel-Oberschenkelschmerzen i wreszcie:
– Achtung Minen–
Za późno. Mariusz wyleciał w powietrze, obryzgując Natalię swoją krwią. Odepchnęło ją na jakieś ciało i teraz miała już pewność, że coś złamała. Zanim porwała ją ciemność, zobaczyła kilka par nóg.
Kiedy się obudziła, choć myślała, że już nie żyje, zobaczyła Wiktorię, Aleksa i inne znajome twarze. Obok leżała Martyna, dalej Sebastian. Czuła się tu... dobrze. Czyli ostatnie stadium przedśmiertne.
Aleks coś do niej mówił.
A ona stanęła bokiem.
I rzuciła granatem z rtęcią w oddział.
Większość padła, ale kolejnych trzech szło dalej.
Aleks chwycił jednego za rękę i pociągnął na ścianę.
– Rzucaj!
Drugi zaszedł go od tyłu, ale Aleks w porę się obrócił i obaj wylądowali na ziemi. Pierwszy znowu stał, a trzeci szedł prosto na niego.
Nie może w nich rzucić.
W niego.
– Rzucaj tym cholernym granatem!
Zrobotyzowany przyciskał Aleksa do ziemi swoim ciężarem.
Jeśli rzuci, nie będzie już odwrotu.
Jeśli nie rzuci, Aleks zginie.
Więc zrobiła to. A potem pobiegła w lewo i w prawo, a tam znalazła to, po co przyszli. Zrobotyzowanych nie było w pobliżu. Musieli być zaprogramowani na "rzucać wszystko i bronić".
Weszła do środka bez problemu, drzwi były otwarte na oścież.
Dzieci leżały szczelnie zamknięte, przez szkło mogła zobaczyć jak śpią. Musiał tu być panel sterowania, taki jak w Rycerce. Oprócz baniek dla śpiących, obok wejścia stało tylko biurko, krzesło i stół operacyjny. Podeszła w to miejsce i zobaczyła stertę papierów A3 w otwartym segregatorze. Lista. Osoby wypisane alfabetycznie, do tego zmierzone, zważone i z pełną pulą badań.
Szybko przerzuciła kartki, aż nazwiska zaczynały się na literę S.
Nie ma jej tutaj.
Poczuła złość, tak ogromną, że musiała dźwignąć głowę, żeby odgonić łzy bezradności. Wtedy zobaczyła napis nad drzwiami.
A-D.
Odwróciła się.
Na drugim końcu sali to samo. Ale pod napisem były ogromne drzwi. Ruszyła w ich stronę, a kiedy je otworzyła, jej oczom ukazał się ten sam widok.
Ale inny napis.
E-H.
Ułożyli ich alfabetycznie w salach.
Przeszła dalej, aż wreszcie doszła to celu.
Ł-O.
Na ścianie wisiała kolejna lista z numerem celi i nazwiskiem.
Są.
Sebastian Łopata 416.
Wanda Młotek 494.
To rząd przy którym stała. Odwróciła się natychmiast i ruszyła biegiem pod właściwy numer.
– Sebastian! Obudź się, już!
Ale on ani drgnął. Waliła w szybę, ale nic to nie dało. Mogła zabrać pistolet jakiemuś androidowi, ale pewnie też by się nie przydał.
Wtedy zwróciła uwagę na to, co miała do dyspozycji.
Szkło może być kuloodporne, ale nie łóżko odporne!
Wraz z rozpędzonym stołem wjechała do Sebastiana, niczym Marek łóżkiem do pokoju.
Szyba roztrzaskała się na kawałki, a czerwone światło włączyło się wraz z alarmem. Wszystkie szklane kopuły wsunęły się w metalowe zespolenia. Zrobotyzowani mają najpewniej instalowane wewnętrzne alarmy, ale zajmie im trochę czasu posprzątanie po Aleksie.
Opary usypiające ulotniły się. Sebastian powinien wkrótce się obudzić. Jego posłanie równało się wysokością ze stołem. Natalia przeturlała go na swoją część i popchnęła w stronę celi Wandy. Ją też upchnęła na łóżko, a potem najszybciej jak tylko mogła, transportowała ich w stronę wyjścia.
Przejechała stołem po martwych androidach i wciągnęła Aleksa na półkę na narzędzia.
Dalej czekały wrota do wolności.
Rozdział 8
Zasnęła w transporterze na zwłoki, czy inaczej mówiąc, karawaną do noszenia. Przedtem pomyślała jednak, żeby obudzić się dopiero w Katowicach. I tak też się stało. Wiktoria została pojmana i odbita, a Marek wrócił cały i zdrowy. Ale Aleks wciąż jej nie pamiętał, a jutro Kulikowska zginie.
Wdrapała się na opuszczoną wieżę strażniczą blisko miejsca, gdzie zatrzymał się jej oddział. Z całych sił próbowała nie wspominać i za dużo myśleć, a zimno skutecznie jej to uniemożliwiało. Usiadła na balkonie, jak pieszczotliwie nazwała punkt obserwacyjny i zgrzytała zębami, żeby jej nie zamarzł język, oczywiście.
Po ostatnich bombardowaniach pewnie nikt nie został w siedzibie Nikoletty i starego, dobrego Jasia Bindacza.
Natalia zaklęła po cichu. Nie mogła znieść takiego siedzenia w jednym miejscu, podczas, gdy Aleks jeszcze niczego sobie nie przypomniał. Choćby nie wie co, jutro przeżyje. Na taki koniec zasługiwał Aleks.Spojrzała na zegar i z westchnieniem stwierdziła, że nowy dzień już za kilka chwil. Objęła się szczelniej dłońmi. Może i noc nie była zimna, ale Natalia właśnie tak się czuła.
Zamierzała odpłynąć w bezpieczny sen. W końcu nie musi się już obawiać, że obudzi się innego dnia, niż powinna. Wystarczy jedna myśl, a obudzi się we właściwym czasie.
Ledwo zamknęła oczy, a ciężkie kroki na schodach zmusiły ją do powstania na baczność.
Jej oczy spotkały się z błyszczącym spojrzeniem Aleksa. Zapiął zamek kurtki do mostka i uśmiechnął się na powitanie. Ogarnęło ją potworne poczucie winy. On nie wyczuwał oszustwa. Dlaczego miałby?
A czy to źle udawać samą siebie?
– Nie spodziewałem się ciebie tutaj.
Tak, ona też.
– Byłem pewien, że śpisz - kontynuował.
– No to skoro już tu jesteś, to ja sobie... - powiedział, cofając się kilka kroków.
– Nie! - zawołała Natalia wyciągając rękę. Zorientowała się, że wygląda to dość niecodziennie, szczególnie z tym jej obłąkanym wzrokiem. Do tego wystawiła dłoń na zimne powietrze i miała wrażenie, że zaraz jej odpadnie.
Ale Aleks się tylko głupio uśmiechnął. Zupełnie jak w Krakowie.
– Zimno ci? – Podszedł bliżej, a na jego twarzy pojawiło się skupienie.
Nawet gdyby chciała zaprzeczyć, on już wiedział jaka jest prawda.
– Mi też. Spróbujmy tak.
Chwycił jej dłonie i pocierał, a ona poczuła ciepło niemal natychmiast.
– Dmuchnij do środka.
Natalia posłała krótki huh, a Aleks roześmiał się głośno.
– Ej, przestań. Obudzisz wszystkich.
Rzeczywiście przestał, jakby obchodził go los tych, którzy chcieli się wyspać.
– Patrz.
Nachylił się i uniósł wzrok, a potem dmuchnął przeciągle. Natalia nie mogła się oprzeć, kiedy trzymał jej ręce tak blisko swojej twarzy i zanim zastanowiła się drugi raz, musnęła palcem jego policzek.
Aleks znieruchomiał, biorąc gwałtowny wdech. Popatrzył na nią z dołu, ale jego oczy były inne. Ciemniejsze.
Zanim zdążył się wyprostować, na dole pojawił się ruch. Aleks stał przodem do barierki, Natalia chwilę później też. To, co zobaczyła, sprawiło, że wbiła paznokcie w drewno.
Na dole, między drzewami, szła Kulikowska. Najpewniej na swoją wartę i wtedy ona, na górze przypomniała sobie ten rozdział.
– Tam ktoś...
Zapewne dokończyłby to zdanie, gdyby nie Natalia. Chwyciła za poły jego kurtki, odciągając go jak najdalej od barierki. Dla Aleksa mogło wydać się to co najmniej dziwne, ale ona zdecydowała się wywołać jeszcze większy mętlik w jego głowie. Była na tyle blisko, żeby nie widzieć nic poza nim, czuć na skórze tylko jego oddech i chłonąć jego zapach.
To jej zadaniem było zrobić pierwszy ruch, ale w chaosie oddechów i westchnień nie wiedziała już, czy je wykonała.
Kiedy ich usta się złączyły, to Aleks wydawał się być zdziwiony. Wziął oddech, jakby ostatni, a potem przyciągnął ją jeszcze bliżej i wplątując palce w złote kosmyki, pocałował ją z żarliwością równą sile jego i jego serca. Biło teraz szybko, a Natalia stała tak blisko, że mogła to poczuć.
Sunęła rękami w górę w stronę jego szyi. Aleks nie powstrzymał westchnienia w chwili, kiedy jej palce dotknęły wrażliwego miejsca.
Obrócił ją tak, że plecami zderzyła się z drewnianą podporą. Wydała pisk zaskoczenia, który Aleks natychmiast spił z jej ust.
Natalia oddawała pocałunek z całą tęsknotą i pasją, zabierając mu zimno i oddając ogień. Ogień, który ustami kreślił płonący szlak na jej szyi.
Tamtej nocy go straciła, a z tą nocą odzyskała.
– Czy to ten moment, kiedy mam przeprosić?
– A chcesz?
Aleks uśmiechnął się, łapiąc oddech.
– Nie. Za to nie, ale za wszystko inne.
– To nic w porównaniu do tego, co ja ci zrobiłam. Wierz mi – szepnęła i odsunęła się, wiedząc, że musi się spieszyć. – Do zobaczenia.
Mimo protestów Aleksa, zbiegła po schodach. Kiedy zeszła, skryła się w cieniu blaszanej odnogi.
Kroki się zbliżały. Kulikowska właśnie ją minęła i zbliżała się do schodów, a Natalia postąpiła krok do przodu.
I rzuciła w nią kamieniem.
Co jak co, ale kamień to niezawodna broń.
Wzięła siebie pod pachy i zaciągnęła w stronę drzew, gdzie rozbili obóz. Trochę trudności przysporzyło jej ułożenie Kulikowskiej we właściwym miejscu, ale obyło się bez złamań.
Natalia spojrzała jeszcze raz w stronę wieży, a potem odeszła w stronę Katowic, na swoją ostatnią misję.
Rozdział 9
Zrobotyzowani się spóźniali.
Minęło kilka godzin odkąd Natalia zajęła swoje miejsce w jakiejś melinie na ulicy francuskiej. Oddział Kulikowskiej pewnie gdzieś się tu kręcił. O, tak jak Wiktoria, która właśnie oparła się na parapecie wybitego okna w kamienicy. No tak, gdzie indziej miałaby się zatrzymać, jak nie na ulicy francuskiej?
Obok Natalii przeleciał kot.
A za nią ktoś szedł sobie z nogi na nogę.
O, Kulikowska.
Natalia nie chciała się ruszać z miejsca i szukać swojego drugiego ja, więc niezmiernie ją to ucieszyło, kiedy drugie ja znalazło ją. Teraz tylko nie mogła jej zgubić.
Miała bardzo długą i nudną trasę, ale mniej więcej w połowie coś zaczęło się dziać.
Android wyszedł ze sklepu internetowego. A, pewnie był w naprawie.
Obie Natalie stanęły, ale ta mądrzejsza miała w pogotowiu pistolet. Dawid Pawelec i jego kompania się przydali. Ze sklepu wyszedł kolejny i kolejny, aż nazbierała się potężna grupka.
Oni wszyscy na jedną Natalię.
Albo raczej dwie.
Jeden z nich ją zauważył i natychmiast zaczął strzelać. Pocisk przeleciał Kulikowskiej koło ucha, ale w porę schowała się za resztkami starego mercedesa.
Natalia strzeliła w nich i tak udało się unieszkodliwić pięciu. W poszukiwaniach następnych naboi natrafiła na coś dziwnego. Wyciągnęła to i nie mogła uwierzyć własnym oczom. Granat.
W pośpiechu wbiegła na pierwsze piętro sklepu zoologicznego. Na drugie. Wreszcie stanęła na dachu i popatrzyła na nich z góry.
Tym razem nie spudłuje. Nie dzisiaj.
Odbezpieczyła granat i rzuciła w stronę zrobotyzowanych.
Tym razem rzut był celny.
Zbiegła po schodach, ale na ostatnim piętrze podwinęła jej się noga i stoczyła się po schodach, boleśnie obijając. Podniosła się na rękach z trudem łapiąc oddech. Bolało wszędzie. Potwornie bolało. Nie wiedziała, czy czegoś nie złamała, albo czy krwawi. Kiedy wstała i zrobiła kilka kroków, okazało się, że nic nie złamała. Odetchnęła.
Kulikowska właśnie wychylała się zza maski, a Natalia dla ochrony przed rtęcią w chustce na twarzy podeszła do niej, chwyciła ją za ramię i powlokła na drugą stronę ulicy. Apteka była idealnym miejscem na kryjówkę.
– Nie ruszaj się stąd, dopóki ktoś po ciebie nie przyjdzie.
– Żartujesz? Jestem tu, by walczyć. Kim ty w ogóle jesteś?
– Przysłano mnie w zastępstwie. Posłuchaj, ktoś próbuje cię zabić. – I ten ktoś właśnie stoi przed tobą. – Zaufaj mi.
Nie czekała na jej odpowiedź. Wyszła i pobiegła w stronę stanowiska Wiktorii. Dopiero wtedy poczuła, że boli ją biodro.
Zatrzymała się i uniosła materiał. O, Boże. Nie zdążyłam opisać tego, co zobaczyła Natalia. Z dwóch powodów.
Odsunęła wzrok tak szybko, że nie udało mi się zerknąć.
Ktoś właśnie do niej strzelił.
Nie wiedziała, gdzie dostała. Myślała tylko o tym, żeby wyciągnąć pistolet. Zrobotyzowany siedział na dachu. Strzeliła kilka razy, ale dalej tam był. Drugi strzał i druga rana. Ten precyzyjnie wycelowany był w brzuch, ale precyzyjnie trafiony w ramię.
Minęła przewróconą sygnalizację świetlną i skryła się za czymś, co było restauracją. Cała akcja była niczym labirynt dla szczura. Postać sera przybrały androidy i to w niezupełnie pozytywnej formie.
Wtedy na ulicę wbiegł rebeliant. Znała go. Nazywał się Mariusz. Wyciągnęła do niego rękę i chciała powiedzieć, że tamten teren już jest czysty.
Ale on do niej strzelił.
– Cholera, Mariusz. Nie bez powodu się tak nazywasz.
Natalia chwyciła się za brzuch i skuliła, ale to tylko wzmocniło ból. Roznosił się falami od brzucha, ramienia i nogi. Nie mogła oddychać. Nie mogła...
– O rajciu, generale! Prędko do punktu szpitalnego.
Mariusz założył jej chorą rękę na kark, przez co wydała z siebie coś pomiędzy skrzekiem, warkotem, a bulgotaniem.
Jakoś doniósł Natalię do miejsca, gdzie kiedyś rosły drzewa, a teraz była tam tylko ziemia wymieszana z pyłem. Namiot szpitalny stał pięćdziesiąt metrów od nich.
Coś jej tu nie grało. Czemu przed szpitalem polowym leżały ciała opruszone ziemią? I te dziury.
Nagle przypomniała sobie o Ivanie. Skakał sobie po grobach niemieckich żołnierzy, czytając ich nazwiska. Hans Miller, Urlich Gabzenbürg, Gregoriun Hünphelfünphel-Oberschenkelschmerzen i wreszcie:
– Achtung Minen–
Za późno. Mariusz wyleciał w powietrze, obryzgując Natalię swoją krwią. Odepchnęło ją na jakieś ciało i teraz miała już pewność, że coś złamała. Zanim porwała ją ciemność, zobaczyła kilka par nóg.
Kiedy się obudziła, choć myślała, że już nie żyje, zobaczyła Wiktorię, Aleksa i inne znajome twarze. Obok leżała Martyna, dalej Sebastian. Czuła się tu... dobrze. Czyli ostatnie stadium przedśmiertne.
– Umierasz.
Taa, Wiktoria, ty to potrafisz podnieść na duchu.
– Jeszcze żyjesz, ale to nie potrwa długo.
– Dzięki.
Nie rozmawiała z nią kawał czasu. Miała nadzieję, że nie wypomni tego kamienia...
– Gdzie Oliwier? – zapytała Zuzia.
Kurczę, to ona jeszcze żyje?
– Nieważne. Zabijcie mnie już.
Chciała jak najszybciej się stąd wyrwać. Ta chwila miała być pełna chwały, glorii i smutku, a nie komedią.
– Mogę ją operować – usłyszała Wiktorię.
Poprawka, to kabaret.
– Czym, gołymi rękami? – oburzył się Aleks.
– Dobrze mówi – mruknęła Natalia.
– To co innego? Transfuzja? Albo może coś zjesz?
– Obawiam się, że to może wypłynąć. O, tą dziurą. – Wskazała na niezbyt okazale wyglądający otwór w brzuchu.
– Dobić ją! – zawołał postradały zmysłów Sebastian.
– Tak, mam za paskiem coś, co się nada. Możesz wyciągnąć?
Aleks sięgnął i wyjął nóż już bez zdobionej rączki i nieco pocharatany od wszystkich spotkań z Dawidem Pawelcem. I ze schodami. I z minami.
– Może ją zastrzelmy? Będzie bardziej humanitarnie – zaproponował Marek.
– Tak się zabija konie. Z której strony jest to humanitarne? – oburzyła się Wiktoria.
– Hej, a Wiktoria Szymiczek? – Zuzia rzuciła następnym pomysłem.
– Tam leży. – Natalia wskazała na dziewczynę, walającą się wśród poległych.
– Dobra, wbij go tutaj, pod kątem, żeby przeszedł pod żebrami.
Aleks ustawił się według instrukcji Wiktorii, a wtedy Natalia sobie o czymś przypomniała.
– Aleksander, apteka.
– Co tam bełkoczesz?
– Ktoś czeka na ciebie w aptece. Obiecaj, że tam pójdziesz.
Aleks pokiwał szybko głową, a potem dodał.
– Obiecuję.
– No to do zobaczenia.
Wzięła ostatni dech.
I jej historia się skończyła.
– Przecież ja się nigdzie nie wybieram.
Co?
Rozdział 10
– Nieźle ci się zakręciło w głowie.
Nie tylko zakręciło. W uszach jej szumiało, czuła się, jakby ogromny kurczak urządził sobie na niej grzędę. Tak nie czuje się martwy człowiek, prawda? Otworzyła oczy i zobaczyła nad sobą Wiktorię. Tą samą, ale w innym miejscu.
W jej mieszkaniu.
W pokoju z piecem na pizzę.
– Czy to mi się przyśniło?
– Co takiego? – zapytała Wiktoria, chowając sole trzeźwiące.
– Po co ci to było? – Powoli podniosła się do siadu.
– Zemdlałaś na nadmiar krwi.
Dotarło do niej, że w pokoju oprócz pieca stały próbki wypełnione po brzegi, zlewki i igły. Walały się wszędzie, gdzie tylko sięgnęła wzrokiem. Nic dziwnego, że doprowadziła swój umysł do takiego stanu.
– Trzymam tutaj pobraną krew sąsiadów, a ta zlewka to dawca.
To oznacza, że zaraz po wejściu do pokoju zemdlała, a uroiła sobie to wszystko.
Wszystko.
Nie opłaca się mieć przyjaciółkę lekarza.
– Co robiłaś u tego mężczyzny tak długo?
Teraz powiązała wszystkie fakty. Dentysta. Dentysta o imieniu Marek. Czyżby przyszłość Wiktorii była przesądzona?
– E... – Wiktoria wydawała się być nieco skołowana. I czerwona.
– Dobra, nie mów, jeśli nie chcesz.
– Bądź pewna, że nie zagroziło to mojemu bezpieczeństwu – zapewniła.
– Ale nie grożąc swojemu bezpieczeństwu, zagroziłaś mojemu!
– Hej, spokojnie, jest piątek!
Okazało się, że żadna kiełbasa nie zniknęła Wiktorii z lodówki, wszyscy żyli, a Dawid Pawelec był na rehabilitacji w Ameryce. Każdy był na szczegół na miejscu przez cały weekend. Właśnie, ale tak się składa, że weekendy szybko się kończą.
W poniedziałek Natalia wróciła do pracy. Klawiatura wciąż poczerniała, Bartek ułomny szef i ona, sam na sam z książką i resztką chipsów z piątku. Żyć, nie umierać.
Merci w końcu nie przeszła po moście, ale kilka rozdziałów później pojawił się Albert, handlarz niewolników. Same plusy, pomyślała Natalia.
Rutynę, na którą tak narzekała, przerwał Torenc.
– Nowy klient do ciebie.
Czy mogło być coś gorszego niż Bartosz Torenc w połączeniu z nowym klientem? Natalii zdecydowanie przydałoby się kilka wolnych dni, a nie jakaś parodia J. K. Rowling.
– Zajmuję się teraz kimś innym, nie chciałam żadnych nowych książek.
– Jest bardzo zdesperowany – szepną przejęty.
Co to, masz słabość do desperatów?
– Dobra, wpuść go, ale powiedz, że zastrzegam sobie prawo do odmowy.
Odmówi tej kobiecie. Założyła to zanim Bartek wyszedł z jej biura. Ten sen powinien ją odmienić, zmusić do zastanowienia się nad tym, co przyniesie przyszłość, a tymczasem Natalia spędziła sobotę i niedzielę z pizzą. A wszyscy wiedzą, że pizza to nie przyszłość.
Nie patrzyła w stronę drzwi, kiedy kobieta, która robi bardzo duże kroki i waży dużo więcej, niż powinna, zapukała do otwartych drzwi. Zapominalski Bartek.
Kiedy się odwróciła, kobieta okazała się mężczyzną. Nie. Możliwe.
– Dzień dobry, nazywam się Aleksander Młotek.
Natalii szczęka opadła.
On ją będzie prześladował. To kolejny sen?
– Żartujesz.
– Śmieje się pani z mojego nazwiska?
Super pierwsze wrażenie. Albo raczej trzecie.
– Nie, nie. Mówię do Alberta.
W naturze dorosłej, eleganckiej kobiety leżało gładkie wywinięcie się z niekorzystnej odpowiedzi, ale nie interesowało go najwidoczniej, kim jest Albert. Aleks momentalnie się rozluźnił i usiadł.
– To wydruk mojej książki, czy mogę na panią liczyć?
Popatrzyła na to, co jej podał. "Krwiożerczy kogut". Śmieszne. Czy szczęka może opaść niżej?
– To horror? Nasze wydawnictwo specjalizuje się w fantasy.
– Dlatego tu jestem. Krwiożerczy kogut to pseudonim głównego bohatera.
A więc to tak. Nie znała takiej pasji Aleksa. W prawdzie ten nie był tym samym Aleksem, miał inną osobowość, pewnie detale w wyglądzie się różniły, niż te, które sobie wyobraziła. Nie miała też pojęcia, że pisze książki i że dokładnie ta książka się jej przyśni.
– Zostanę pana pierwszą czytelniczą.
– Nie przeczytała pani jeszcze...
– Chętnie nauczę się rozpalać pochodnię.
Teraz był co najmniej skołowany, jeśli nie w szoku. Patrzył na nią z zaciekawieniem, a jego usta ułożyły się w lekki uśmiech.
– Czy my się już nie spotkaliśmy?
– Raczej nie. – odgarnęła włosy za ucho. – Na pewno bym cię zapamiętała.
Koniec
